niedziela, 26 listopada 2017

Roczek...

 Jak to szybko zleciało - słyszę zewsząd, sama powtarzając to zdanie jak jakąś mantrę. I jeszcze chwila i naprawdę uwierzyłabym w to, że ostatni rok przeleciał między palcami. Nie przeleciał. Bo mimo tego, że pędzi ten czas jak szalony, to ja w tym pędzie staję, zatrzymuję się i ze spokojem patrzę na mojego młodszego syna, który przecież wczoraj się urodził. Rok. 12 miesięcy przyglądania się, jak z maleńkiego zawiniątka wyrasta chłopiec, który dzisiaj ponad stół głową sięga. I tylko spojrzenie ma tak samo poważne, jak w dniu, w którym pierwszy raz go ujrzałam.


 Pamiętam każdy dzień. Te 3h po porodzie, kiedy oka zmrużyć nie mogłam. Łzy szczęścia, kiedy nareszcie miałam go w swoich ramionach. Pierwsze dni w domu. Pierwsze uśmiechy, przewroty na brzuszek, pierwsze ząbki i pierwsze kroczki. Pamiętam ten gest zakrywania się rączką, gdy zasypiał. I małe elfie uszko, które dopiero z czasem się zaokrągliło. Leniwe jesienno-zimowe wieczory oraz lato pełne długich spacerów i wieczorów w ogrodzie. Pamiętam wszystko. Płacz z powodu bólu brzuszka i godzinne maratony noszenia na rękach. Noce pełne pobudek, które wciąż są naszą codziennością. Zmęczenie i wyrzuty sumienia, które pojawiają się za każdym razem, gdy starszaka do porządku przywołać muszę. Ból pierwszych tygodni po porodzie i radość z pierwszego wypowiedzianego "mama". Tyle tych pierwszych razów ten rok przyniósł. Pamiętam wszystko.
 Cudowny i ciężki rok za nami. Dopiero teraz widzę, jak wiele straciliśmy przez wcześniactwo Mateusza. Jak wiele spokoju, siły i radości daje wychowywanie zdrowego dziecka. Żadnych poważnych problemów. Żadnej gorączki, choroby, zamartwiania się dziwnymi dolegliwościami. Byle było ciepło i suto. Byle mama była w pobliżu i mleko na zawołanie. I byle spać nie trzeba za wiele. Cudownie proste w obsłudze dziecko. 
 Rok. 365 dni życia małego człowieka. Mimo gorszych chwil i zmęczenia, jestem najszczęśliwszą mamą dwóch synów. Młodszy z nich właśnie skończył roczek. A ja od roku jeszcze bardziej nadziwić się nie mogę swojemu szczęściu. Z całych sił staram się łapać te okruchy codzienności. By mimo wypowiadanego ciągle jak to szybko zleciało, mieć pewność, że te 365dni bycia mamą nie minęło ot tak. Mimo gorszych dni, zmęczenia i łez, mieć świadomość tego, jaki cud nam się przydarzył. Cud imieniem Bruno. Spełnienia marzeń, Synku!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz jakiś ślad po swojej obecności tutaj :)