środa, 9 sierpnia 2017

Słowacja z dziećmi - Dolina Białej Wody

Tegoroczny urlop spędziliśmy na Słowacji. W połowie czerwca spakowaliśmy walizki, załadowaliśmy chłopców do auta i pojechaliśmy. 2000km przemierzone polsko-słowackimi drogami, tony zjedzonych lodów i wypitej kawy, tysiąc zdjęć, jedno dziecko potrafiące pływać, jedno dziecko posiadające zęby, matka z rozwaloną nogą i ojciec spalony na raka. Taki bilans po powrocie. Było genialnie! W każdym razie lepiej, niż się spodziewaliśmy.


Plan był prosty - połazić po górach, wymoczyć się na termach, poszwędać się po słowackich miasteczkach i...nie zwariować. Zatrzymaliśmy się w Wielkiej Łomnicy, która okazała się idealną bazą wypadową. Na tyle blisko, aby zasmakować tatrzańskiego krajobrazu i na tyle w głąb Słowacji, żeby wyprawa do Koszyc (które zobaczyć musiałam) nie zajęła połowy dnia. Udało się! A jeden z naszych górskich spacerów, zobaczyć możecie poniżej.

Pewnego dnia spakowaliśmy do plecaków koc piknikowy, prowiant w postaci stosu kanapek, czekolady i zapasu wody i wyruszyliśmy na szlak. Cel - Dolina Białej Wody, największa ze słowackich dolin tatrzańskich. Szlak, który zaskoczył nas...ciszą i spokojem. No, z tą ciszą trochę koloryzuję. Wszak, Mateusz tam był! I Bruno - młodszy brat, który uparcie pracuje, by zostać naczelnym wrzaskunem naszej rodziny i zdetronizować starszego.  A ta dwójka i cisza to pojęcia wykluczające się. Ale gdyby tak ich wyłączyć, to...cisza jak makiem zasiał. Nie ma tłumu turystów, nie trzeba łokciami rozpychać się na szlaku, nie ma hałasujących bryczek i kolejek nie wiadomo po co. Przez całą trasę minęliśmy jedną grupkę nastolatków. Dopiero, gdy dotarliśmy na miejsce, turystów zaczęło pojawiać się więcej. Bajka! Prawie jak w Czerwonym Kapturku, bo w pewnym momencie na drogę wyskoczył nam...nie, nie wilk. Lis! Postał, porozglądał się i czmychnął w zarośla. Ale od tego momentu, matka wypatrywała już niedźwiedzi i numer alarmowy w myślach powtarzała. Wszak, to okolice słynące z największego skupiska niedźwiedzi w całych Tatrach. Resztę trasy pokonaliśmy prawie biegiem. A na miejscu przywitała nas piękna panorama Tatr, z widokiem na Rysy. Zresztą, zobaczcie sami.


Informacje praktyczne.
Aby dostać się na szlak prowadzący do Doliny Białej Wody, wychodzimy z Łysej Polany (po stronie słowackiej), czyli dawnego przejścia granicznego łączącego Polskę i Słowację. Za mostem granicznym znajdują się drogowskazy kierujące nas w górę nurtu rzeki, do Doliny Białej Wody. Cała trasa dostosowana jest dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich, więc spokojnie daliśmy radę przejść z sześciolatkiem i niemowlakiem w wózku. Szlak jest bardzo spacerowy, z milionem postojów na moczenie nóg w potoku. Nie ma mowy, by się zmęczyć. Jedyne o czym trzeba pamiętać, to by zabrać z sobą prowiant i nakrycie głowy, bo w piękny letni dzień przez całą trasę wystawieni jesteśmy na działanie promieni słonecznych, a knedlików i haluszków na miejscu nie uświadczymy. Na szczęście niedaleko Łysej Polany, jadąc wgłąb Słowacji, trafić możemy do pięknie położonej restauracji. I zjeść świetne placki ziemniaczane, podziwiając góry. Zdecydowanie najbardziej malownicza restauracja, w jakiej mieliśmy okazję jeść. Czynna do 17, bo pani kucharka musi zdążyć na autobus do domu. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz jakiś ślad po swojej obecności tutaj :)