środa, 12 lipca 2017

Macierzyństwo off-line

Książki czekają. Notesy leżą w oczekiwaniu na kilka zdań. Komputer zakurzony częściej funkcjonuje jako podstawka pod kubek z kawą, niż narzędzie służące do pracy. I tylko aparat czasami zawieszam na szyi. By zapamiętać te momenty, które mam wrażenie, trwają ułamki sekund. Dopiero później okazuje się, że jesień przyszła. Z noworodka powstał samodzielnie siadający człowiek, a pięciolatek w lokach okazał się sześciolatkiem, który marzy by wygolić sobie pół głowy i kręcić spinnerem na czole. A matka, jak ta żona Lota, stoi osłupiała i zastanawia się czy to starość, czy inny czort sprawia, że ten czas tak pędzi. Zwariował, no!

Wylogowałam się. Tak trochę, ale jednak. Bo oprócz kilku zdawkowych słów i pojedynczych kadrów na instagramie, nie było nic. Ponad miesiąc ciszy. Domowy bajzel stał się doskonałym przykładem na to, jak nie powinno prowadzić się bloga. Mimo zaległości. Mimo stosu książek piętrzących się na parapecie. Mimo pięknych kadrów, którymi chciałam się podzielić. Cisza. Jak makiem zasiał. Macierzyństwo off-line. Fajne jest! Potrzebowałam tego. Oddechu. Nabrania dystansu. Określenia priorytetów na nowo. Odpoczynku od nadmiaru bodźców płynących z internetowych łączy. Ta cisza jest też trochę z konieczności. Bo podwójne macierzyństwo bywa męczące. Wykańczające momentami. Zwłaszcza, gdy chce się bardziej. Więcej. A doba jest za krótka, by pogodzić wszystko. Niestety.

Ale zatęskniłam. Wyszłam za mąż, zaraz wracam, chciałoby się zaśpiewać. Tylko ten mąż nie pasuje, bo facet ośmiomiesięczny dopiero. Syn w dodatku. Ale powoli wracam. Małymi kroczkami. Kilka książek. Trochę zdjęć. Odrobina matki kwadransów wyrwanych z zabieganej codzienności. Bez pośpiechu. Bo fajne jest też macierzyństwo on-line. Czasami.

Jesteście? Czekaliście?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz jakiś ślad po swojej obecności tutaj :)