poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dzieci z Bullerbyn

Kiedy zobaczyłam zapowiedź tej książki nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Ale, jak to? Nie ma żółtej okładki? Nie ma czarno-białych ilustracji? "Dzieci z Bullerbyn" w kolorze? W zupełnie nowej szacie graficznej? Tak nie może być! Toż to zamach na nasze ukochane wydanie! Serio, zła byłam jak osa. Nie mogłam sobie wyobrazić innych "Dzieci z Bullerbyn". Nie rozumiałam tych wszystkich zachwytów, ochów i achów, które zewsząd do mnie docierały. Uprzedzona byłam do tej książki od samego początku. Ale sprawdzić musiałam w czym kryje się jej fenomen. W czym jest lepsza od poprzedniej? Po co ktoś porywał się na odświeżanie doskonałej klasyki? Byłam pewna, że książka mnie rozczaruje. Ale nie przewidziałam jednego. Tego, że Mateusz pokocha ją od pierwszego wejrzenia.


Od pierwszego spojrzenia wiedział, że to "Dzieci z Bullerbyn". Czytać nie potrafi, więc nie wiem po czym poznał. Wiedział, która to Lisa, która Britta, a który Lasse. Nie wiem skąd. Nie pytajcie. Ja do dzisiaj nie łapię się w tych nowych wizerunkach. I tylko rozczarowany był, że treść ta sama. Nie powiem, sama z chęcią przeczytałabym więcej przygód dzieci ze szwedzkiego miasteczka. Ale czytanie doskonale nam znanych opowieści było świetną przygodą. Każda strona zaskakiwała. Ilustracją, oczywiście! Mimo moich uprzedzeń, muszę przyznać, że doskonałą! Idealnie dopasowaną do treści, kolorową, przykuwającą wzrok. Element niezbędny podczas czytania z najmłodszymi. Mateusz uwielbia to wydanie nie mniej niż poprzednie. Obawiam się, że nawet bardziej. Ale jakoś mnie to nie martwi.


Ponownie gościmy w Bullerbyn. Ponownie przeżywamy przygody sześciorga przyjaciół. Razem z Lisą, Anną, Brittą, Lassem, Bossem i Ollem śpimy w stogu siana, idziemy do szkoły, przeżywamy narodziny siostrzyczki Ollego, jeździmy na sankach, patrzymy na Wodnika i dowiadujemy się jak wyglądąło życie ludzi w dawnych czasach. Nie, nie było czarno-białe. Pod pewnymi względami było nawet bardziej kolorowe niż obecnie. Dziecięca beztroska, codzienność na wsi, zabawy bez nadzoru dorosłych, bliskość natury i wspaniała zabawa, do której kluczem były ogromne pokłady wyobraźni tkwiące w każdym dziecku. Za każdym razem, gdy sięgamy po tę książkę widzę zachwyt w oczach Mateusza. Wszak, jest to książka dla dzieci. To dzieciom powinna podobać się najbardziej. Nasz pięciolatek jest nią zauroczony. Mam wrażenie, że na nowo odkrywa wszystkie perypetie dzieci mieszkających w Bullerbyn. Mimo, że ich przygody zna już na pamięć.

Jeśli zastanawialiście się nad tym, czy Wasze dziecko nie jest za małe na poznanie "Dzieci z Bullerbyn", czy da radę przebrnąć przez te wszystkie rozdziały, to więcej nie musicie łamać sobie głowy. To wydane wyszło na przeciw maluchom, których rodzice nie mogą doczekać się czytania dłuższych lektur. Bo poza fenomenalną treścią ich uwagę przyciągną świetne ilustracje, które zdobią każdą stronę. Takich "Dzieci z Bullerbyn" nie znaliśmy. I bardzo się cieszę, że mimo mojej ogromnej miłości do klasycznego wydania, zdecydowałam się znaleźć miejsce w naszej biblioteczce także na ten nowy egzlemplarz. Brawo!

 
 "Dzieci z Bullerbyn"
Tekst: Astrid Lindgren
Ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz jakiś ślad po swojej obecności tutaj :)